środa, 11 marca 2015

Big city, big love: London.

Byłam raz, widziałam niewiele. Jednak wystarczyło to abym całkiem zakochała się w tym mieście. Te budynki, ulice... Ten cudowny klimat. A przede wszystkim ludzie, natłok różnych kultur, twarzy. Gdzie nie spojrzysz widzisz kogoś innego. Wszyscy w pośpiechu, tłoczą się na ulicach, w metrze. Ah ! i to metro. Tyle kondygnacji, linii że nie sposób się w tym odnaleźć. Jednak Brytyjczycy sobie radzą i to całkiem nieźle. Jestem pewna, że gdybym wylądowała tam sama łatwo by mi nie było... 
Wyjazd do Londynu był najbardziej spontaniczną rzeczą jaką zrobiłam. Wieczorem z przyjaciółką kupiłyśmy bilety, a już następnego dnia rano siedziałyśmy w busie prosto na wyspy. Nigdy tego nie zapomnę. Strach, podekscytowanie i ogromna radość, wszystko naraz. Ale właśnie takie wyjazdy, są najlepsze. Zero planów, zwyczajnie pakujesz się i jedziesz. Nie pytając nikogo o zdanie. Wystarczy mieć trochę odłożonych pieniędzy, które zawsze gdzieś się znajdą. Najlepszą przyjaciółkę, równie zwariowaną chodź trochę bardziej ogarniętą w otaczającym ją świecie niż ja. P.S gdyby nie Ty na pewno bym tam zginęła. I głowę pełną marzeń. Trzy niezbędne rzeczy i można ruszać. 
Bez strachu i żadnych zahamowań, w końcu życie mamy jedno i trzeba je przeżyć w należyty sposób.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz